środa, 11 maja 2016

1984 - Van Halen - Recenzja

Okładka płyty 1984 Van Halen
Zapewne wielu z Was zdziwi się, dlaczego wybrałem album 1984 Van Halen na swoją pierwszą recenzję na blogu. Otóż jest to album trafiający mnie, jako słuchacza, w punkt. Owa płyta była ostatnią z klasycznego okresu, w którym wokalistom był David Lee Roth. Rzeszom słuchaczy znany jest za sprawą wielkiego hitu Jump. Czy jest to zatem krążek jednego utworu? Na pewno nie!

Jump to utwór ponadczasowy. Niesamowicie skoczny, oparty na keyboardowym motywie, okraszony genialną solówką gitarową. Jego 1 miejsce na liście przebojów Billboardu nie powinno nikogo dziwić. Obok wyżej wymienionego, mamy równie hitowy, motoryczny track Panama oraz pełen werwy buńczuczny wręcz Hot For Teatcher. Te trzy single zapewniły abumowi wielki sukces komercyjny.


Na 1984 nie ma słabych momentów. Top Jimmy to rock and rollowy, naszpikowany bluesowymi akcentami kawałek. Ileż w tym energii, ileż radości z grania! Podobnie jest w Drop Fead Legs, utworze opartym na mocnym motywie perkusyjnym, stylistycznie podobnym do twórczości Aerosmith z tego okresu. I'll Wait to praktycznie kontynuacja Jump. Ostatnie dwa utwory na płycie: Girl Gone Bad i House of Pain to czadowe heavy numery z ostrymi riffami. 

Na płycie nie było miejsca na ballady. 1984 to niespełna 34 minuty nieokiełznanego rocka. Wspaniałe brzmienie perkusji Alexa Van Halena, nawiązujące swą mocą do Johna Bohnama, wirtuozeria Eddiego Van Halena i niesamowity feeling Lee Rotha złożyły się na jedną z najlepszych płyt rockowych. David Lee Roth odszedł z zespołu w 1985 roku, by rozpocząć karierę solową. Była to jedna z najgorszych decyzji w historii rocka.

OCENA: 9,5/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz