czwartek, 19 maja 2016

Electric - The Cult - Recenzja

Po świetnie przyjętym albumie Love z 1985 roku, Panowie z The Cult postanowili podążyć nową, a zarazem starą ścieżką. Przy pomocy ekstrawaganckiego producenta, Ricka Rubina, dwa lata później stworzyli longplay odwołujący się do klasyków z lat 60/70 - tych. Electric, bo o nim mowa, to fuzja nieokiełznanej mocy, punkowej surowości i rock'n'rollowej prostoty.

Od pierwszego do ostatniego dźwięku mamy do czynienia z prawdziwą, rockową werwą. Otwierający album Wild Flower to połączenie rytmu AC/DC z wokalem, charakteryzującym się odniesieniami do Jima Morrisona. W Peace Dog jest podobnie, z tym że więcej tu klimatu Led Zeppelin, szczególnie w solówce gitarowej.


Duch amerykańskiego rocka unosi się nad Lil' Devil, Aphrodisiac Jacket i Bad Fun. Słyszymy w nich echa Lynyrd Skynyrd, Cactusa i Rolling Stonesów. Muzycy The Cult postawili na bezkompromisowe granie i rytmiczną młóckę, łącząc najlepsze wzorce. Do tego dołożyć należy inklinacje do rocka psychodelicznego z dużym naciskiem na The Doors (King Contrary Man). Świadczy o tym styl śpiewania Iana Austbur'ego i jego stylizacja.

Ostatnie dwa utwory na Electric - Outlaw i Groove Co. cechuje cięższe i mniej rock'n'rollowe brzmienie. W pierwszym więcej odniesień do Black Sabbath, w drugim do Queen. W obu słyszymy mocne, gitarowe riffy. Świetne zakończenie albumu.

Na płycie nie uświadczymy ballady. Czy zatem krążek nuży? Nic z tych rzeczy. Electric to niecałe 39 minut rasowego, rockowego grania ze szczyptą punka i psychodelii. Jedna z najlepszych płyt drugiej połowy lat 80-tych, pełna odniesień i muzycznego buntu.

 OCENA: 9/10 

P.S. Dawno mnie nie było na blogu. Obiecuję poprawę ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz